Raptularz
czyli zbiór bieżących zapisków z różnych dziedzin już wydrukowanych
i pokazanych na e-stronach i tych na druk lub internetową prezentację czekających.
Przejmujący seans Tadeusza Kantora(wspomnienie prapremiery z roku 1975)
Kiedy uchyliła się wreszcie odporna na ataki napierającego tłumu zabytkowa krata, zdarzyła się rzecz najmniej oczekiwana: wysforowani na czoło szczęśliwcy miast w pośpiechu zajmować wywalczone z trudem miejsca – stanęli jak wryci. Przycichł też wtedy od razu – spotęgowany przez beczkowe sklepienie piwnicy krakowskich „Krzysztoforów” – gwar napierających. W półmroku piwnicy, przed oczyma gromady ciasno stłoczonej w przejściu między rzędami ław i krzeseł, pojawił się obraz właściwy tylko koszmarowi snu, powracającego do szkolnych przeżyć. Oto w niewielkich drewnianych ławkach, pokrytych szpargałami zakurzonych podręczników, siedzieli zastygli w dziwacznych pozach i nieruchomo wpatrzeni we wchodzących staruszkowie i staruszki. Ich czarne ubrania, skrojone jednakowo, przypominały tyle szkolny mundurek, co wiejski ubiór trumienny.
Taki to był początek „seansu dramatycznego” Tadeusza Kantora Umarła Klasa.
Czytaj dalejNie będziemy się ze sobą żegnać! (wspomnienie o Marii Stangret-Kantor)
„Nie będziemy się ze sobą żegnać!” – taką pointą zakończyła Marysia nasze ostatnie spotkanie w listopadzie 2017 r. na wernisażu pośmiertnej wystawy malarstwa Zbigniewa Gostomskiego w krakowskiej „Cricotece”.Przystałem na tę propozycję chętnie, pamiętając okoliczności naszego pierwszego kontaktu sprzed lat... 33. To właśnie Ona na roboczej próbie spektaklu Nadobnisie i koczkodany w piwnicy „Krzysztoforów”, przekonała mnie przerażonego propozycją Mistrza Tadeusza, o potrzebie pilnego i krótkiego „kontraktu”, jakim miało być dokooptowanie mnie do Zespołu Cricotu 2 w charakterze... aktora.
„Musisz ratować Cricot! Znasz tekst! Kręciłeś przecież wszystkie próby. Zagrasz kilka spektakli i znowu będziesz... wolny!” – argumentowała przekonująco. Pamiętam, że ta Jej wizja „ratowania” przedstawienia, któremu zagrażał niebyt, wynikający po prostu z konfliktu interesów wykonawców i twórcy spektaklu, trafiając do mojej wyobraźni, wcale samego Kantora nie zachwyciła. Pamiętam też dobrze, jak Pan Tadeusz machał długo ręką, wykrzykując: „To nie o to chodzi!”, mimo że mediacja jego małżonki okazała się – od razu – skuteczna.
Czytaj dalejKłopoty z Marcinem z Wielopola – królem polskiego… stand-up’u
Z ambitnymi mieszkańcami gminy Wielopole Skrzyńskie, miejscowości bieszczadzkiego Pogórza, położonej 19 km od głównego traktu Kraków–Rzeszów, do której skręca boczna droga od Ropczyc, zawsze były… kłopoty.
Tak było z Tadeuszem Sinko (1877–1966), najwybitniejszym polskim hellenistą I połowy XX wieku, który jako syn chłopa z Małej, wsi z Wielopolem sąsiadującej, strawił wiele lat w naukowej walce o swą pozycję, zanim „wpuszczono” go na piedestał polskiego filologicznego Parnasu.
Podobnych kłopotów doświadczył potomek szlachcica z Broniszowa (gmina Wielopole) – Karol Olszewski (1846–1915), który z pomocą swego uniwersyteckiego szefa – ojca polskiej chemii – rektora Emiliana Czyrniańskiego (1824–1888) okazał się nie tylko jednym z jego najzdolniejszych uczniów, ale który w badaniach nad ciekłą strukturą gazów i niskimi temperaturami wraz z Zygmuntem Wróblewskim (1845–1888) – najbliższym swoim współpracownikiem – „otarł się” o Nagrodę Nobla, co przysporzyło mu (podobnie jak i Wróblewskiemu) wielu… kłopotów w jego najbliższym krakowskim środowisku.
Czytaj dalejNarodziny artysty, czyli początek twórczej drogi Jana Sawki
Najpierw kilka biograficznych faktów. Faktów osadzonych w polskiej, socjalistycznej rzeczywistości PRL-u.
Jan Sawka (1946–2012) – jeden z najbardziej uzdolnionych plastyków mojego pokolenia przyszedł wprawdzie na świat w Zabrzu, ale jako artysta narodził się dopiero we Wrocławiu i Krakowie jako „wschodząca gwiazda” polskiej kultury plastycznej. Jego twórczość graficzna i plakatowa to była znacząca wizytówka zjawiska, które łatwo obdarza się wielu epitetami. „Studencki” – bywa trafny, choć czasami najbardziej... mylący.
Dlatego też – zwłaszcza z perspektywy światowej – warto pochylić się na tym, bardzo poczciwie brzmiącym jednoznacznym epitetem studencki, związanym zwykle z określoną akademicką społecznością. II połowa XX wieku, właśnie w Polsce (czy – jak ktoś woli – w PRL), była na tyle odmienna, że praktyka społeczna tego kraju znacznie poszerzyła i zmodyfikowała pierwotne znaczenie tego na poły socjologicznego terminu. Zwłaszcza w jego połączeniu z rzeczownikami kultura i sztuka.
Czytaj dalejIntelektualista w tyglu ludzkich sprzeczności
Rzadko kiedy tak scharakteryzować można „patent” aktora na rzeczywistość. Rzadko, bo taki aktor musi się nie tylko biologicznie... urodzić, ale i świadomie ukształtować.
Takim właśnie aktorem w historii polskiej sceny, aktorem zupełnie wyjątkowym ze względu na dar widzenia w sobie sprzeczności „nie do rozwiązania”, których świadomość może być twórcza, był Jan Nowicki.
Nowicki nie tylko potrafił się „wgryźć” w bardzo powikłane pokłady przeżyć swoich bohaterów, ale jeszcze „na zimno” obronić ich życiowe racje. Nawet jak były to takie kanalie, jak bohaterowie powieści Fiodora Dostojewskiego (Stawrogin z Biesów czy Rogożyn z Idioty) czy też zboczony kat polskiego narodu – Wielki Książę Konstanty, uwieczniony przez Stanisława Wyspiańskiego w Nocy Listopadowej. Nie mówiąc o licznej rodzinie „psycholi” w rodzaju Józefa K. z Procesu Franza Kafki czy Artura z Tanga Sławomira Mrożka.
Czytaj dalejWielkie aktorstwo bez granic
Kiedy na początku lat 70. ubiegłego wieku – okresu obrzydzonego współczesnemu Polakowi przez bardzo ograniczony myślowo nasz polityczny establishment – odkrywałem w swoim telewizyjnym cyklu Twarze Teatru – Wojciecha Pszoniaka, Konrad Swinarski, wielki admirator talentu Wojtka zwykł mawiać: (mając na myśli starszego brata młodego aktora – Antoniego): „Pszoniaków jest – na szczęście- dwóch i doprawdy nie wiem, którego bardziej wolę”.
Ale już po upływie dekady, Pszoniak był tylko jeden, i to obarczony dźwięcznym dla zachodniego ucha zdrobnieniem: Voytek.
Czytaj dalejKrzepiące nauki pierwszej dekady Krakowskiego Festiwalu Piosenki (1962–1972)
Każda piosenka niesie ze sobą nieustający dylemat: ważniejszy tekst czy muzyka, a może najważniejszy – wykonawca.
Historia krakowskiego Studenckiego Festiwalu Piosenki (taki jest bowiem współczesny szyld tej ponad półwiecznej podwawelskiej konfrontacji) uczy, że tego dylematu uniknąć się nie da. Dowodem – trzecia już obecna nazwa (Studencki Festiwal Piosenki) tych – obarczonych wieloletnią tradycją piosenkarskich – zmagań.
Zaczęło się przecież w roku 1962 od skromnej wizytówki: Ogólnopolski Konkurs Piosenkarzy Studenckich, obowiązującej lat sześć (do roku 1967). Po rocznej przerwie, wynikłej z sytuacji pamiętnych – nie tylko dla środowiska wyższych uczelni – gorących dni 1968. Konkurs wystartował już w roku 1969 jako Ogólnopolski Festiwal Piosenki i Piosenkarzy Studenckich i trwał tak kilka dekad, aż organizatorzy „uprościli” szyld do obecnie obowiązującego tytułu.
Czytaj dalejJanusowe oblicze Ewy? (szkic do portretu artystki)
Niespodziewana śmierć Ewy Demarczyk wywołała spodziewane kiczowato-sentymentalne reakcje codziennych „brukowców”, a także serię pseudo-intelektualnych „wymądrzeń” popularnych wśród „oświeconego” motłochu tabloidów. Polska pamięć była bowiem zawsze i pozostaje nadal... „nekrofilna”.
Najlepszym dowodem nie tylko prześcigające się w odkrywaniu sensacji doniesienia prasowe o „skomplikowanym charakterze” naszej najwybitniejszej piosenkarki, ale i „ambitne”, bardzo „kobiece” zbiory „fabularyzowanych” sensacyjek w rodzaju efektownych prób życiowych monografii artystki: np. w stylu niedościgłego w swym kabotyństwie „zakalca biograficznego” Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze, upowszechniających bezkrytycznemu odbiorcy wiele zasłyszanych bzdur, niezweryfikowanych pomówień i „czystych” plotek.
Stąd też moja próba zapisu kilku odgrzebanych we własnej pamięci faktów, przydatnych – moim zdaniem – przyszłym solidnym monografistom życia i twórczości Ewy Demarczyk.
Czytaj dalejMoje wzajemne z „Rotundą”… kłopoty
Kiedy w październiku 1961 udało mi się przekroczyć progi budynku Gołębia 20 w charakterze studenta filologii polskiej Almae Cracoviensis zacząłem też bywać – od razu – jako „miastowy” gość w słynnym II Domu Akademickim, któremu przed wojną (od roku 1934) patronował prezydent Ignacy Mościcki, a pod który kamień węgielny kładł jeszcze 8 lat wcześniej marszałek Piłsudski.
„Żaczek” odwiedzałem jednak nie tylko jako gość libacji koleżeńskich poszczególnych pokojów najstarszego krakowskiego akademika, choć tych nigdy nie brakowało. Stałem się także uczestnikiem kulturalnych imprez dwóch konkurujących ze sobą Klubów: Starego i Nowego Żaczka.
Nie przychodziło mi też nigdy do głowy, że już w ciągu następnej dekady część budynku, zaprojektowanego przez krakowskiego modernistę – architekta Wacława Krzyżanowskiego, a ze względu na jej kształt nazwana „Rotundą” stanie się – zgodnie z intencją projektodawcy, który widział tam miejsce studenckich spotkań – znaczącym na mapie Krakowa centrum kulturalnym – konkurencyjnym i dla Nowego Żaczka (Stary Żaczek – m.in. siedziba i schronienie ambitnego Międzyuczelnianego Klubu Literackiego lat 60. – umarł w międzyczasie „śmiercią naturalną”) i dla śródmiejskich „Jaszczurów”.
Czytaj dalejNon omnis moriar…
Jak być wiernym temu jednemu z najmądrzejszych ludzkich pocieszeń, skoro na twoją Charonową łódź (byłem przecież Kantorowskim Charonem w jego scenicznej „rewii” Niech sczezną artyści) wsadzą ci nagle Przyjaciela? A jeszcze – jak Go potem – godnie przewieźć do lepszego świata z należnym Mu szacunkiem, nie uchybiając w niczym pamięci o Nim, poprzez opowieści (nie zawsze pełne należnej powagi) o „barwnych” epizodach wspólnej życiowej podróży?
Najpewniej trzeba dać świadectwo poprzez „najtrafniejsze słowa”, jak radził jeden z romantycznych Wieszczów, a najbardziej przeze mnie ceniony współczesny polski poeta – Tadeusz Różewicz – w czasie brytyjskiej stypy (Warwick, 8 grudnia 1990 r.) poświęconej zmarłemu rano tego dnia w Krakowie – Kantorowi, przypominał: „słowa by były trafne, muszą być… najprostsze”.
Czytaj dalej
