Moje życie w teatrze

Fundacja „Urwany Film”, Kraków 2019

Okładka - Krzysztof Miklaszewski, Moje życie w teatrze

Promocje

  • Lublin – Restauracja Hades-Szeroka, Sala Sztukmistrza – 8 września 2020 (w ramach: XIII Europejskiego Festiwalu Smaku)
  • Warszawa – Instytut Teatralny im. Z. Raszewskiego – 7 października 2020 (w ramach: cyklu „Książka w teatrze”)
  • Kraków – Salon Literacki krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – 16 listopada 2021

Promocja warszawska

Recenzje (fragmenty)

Teatrolog Krzysztof Miklaszewski – niegdyś aktor Tadeusz Kantora. scenarzysta i reżyser, kierownik literacki kilku teatrów, dyrektor krakowskiego Teatru TV (1972–75) i warszawskiego Teatru Rampa (1997–2002), znany ze swych publikacji i książek o teatrze Tadeusza Kantora, realizator wielu cykli ukazujących sylwetki polskich artystów sceny i dokumentujących wydarzenia teatralne wydał książkę Moje życie w teatrze. Zebrał w niej swoje recenzje, wspomnienia i teksty publicystyczne zamieszczane w „Dzienniku Polskim”, „Życiu Literackim”, „Kulturze”, „Literaturze”, „Teatrze”, „Scenie”. Znalazły się też wstępy do programów teatralnych. (…) Zamieścił także swoje wystąpienia na sesjach, sympozjach i kongresach [nie tylko] teatrologicznych.

Książka dzieli się na pięć rozdziałów. (…) Każdy (…) [z nich] porządkują glossy: polityczna, teatralna i osobista przypominające o wydarzeniach politycznych, teatralnych i drodze zawodowej Krzysztofa Miklaszewskiego. (…)

Książka Moje życie w teatrze będąca podsumowaniem działalności Krzysztofa Miklaszewskiego jest także panoramą życia polskiego teatru od lat 60. aż po czasy współczesne.

Józef OPALSKI: Summa dokonań Krzysztofa Miklaszewskiego, „e-teatr.pl/instytut-teatralny.pl/biblioteka – alias /recenzje” od 11.09.2020

Jerzy Jarocki, Konrad Swinarski, Andrzej Wajda

Jerzy Jarocki, Konrad Swinarski, Andrzej Wajda

Krzysztof Miklaszewski zabiera czytelnika w podróż po swoim teatralnym życiorysie (…) Książka to kronika wspomnień z pięćdziesięciu pięciu lat działalności teatralnej Miklaszewskiego, Jest też zapisem rozwoju polskiej sceny tamtego okresu, któremu autor uważnie się przyglądał i który skrupulatnie relacjonował.

„Krytyk winien być Kontrolerem Doskonałości. Najlepszym z widzów, twórczym Pośrednikiem, Informatorem bezprzykładnie dokładnym, Wyręczycielem dostarczającym przeżutej już teatralnej papki…” czytamy w Żywocie poczciwym krytyka teatralnego, który autor umieścił we wstępie do swoich wspomnień.”

Anna HAUSNER: Żywot teatralny, rubryka: Z biblioteki, „Dialog” 2020, nr 9 z września 2020, s. 224–225

Teatr jest najbardziej ulotną dziedziną sztuki,niezdolną oprzeć się nieubłaganemu czasowi, dobrze więc się dzieje, że ma kronikarzy dokumentujących jego dorobek. Moje życie w teatrze Krzysztofa Miklaszewskiego obrazuje ponad pięć dekad związków autora z dorobkiem scen, nie tylko polskich. (…)

Patrząc jednak na solidny tom Mojego życia w teatrze, niejeden z czytelników zapyta, czy można sobie wyobrazić coś nudniejszego niż czytanie recenzji za recenzją, w dodatku z przedstawień sprzed wielu lat, często nawet w ogóle niewidzianych? To zależy – głównie od tego, kto jest ich autorem, choć przede wszystkim od sposobu, w jaki są napisane. Lektura Reflektorem w mrok Tadeusza Boya-Żeleńskiego czy dwóch tomów Gwałtu na Melpomenie Antoniego Słonimskiego nadal jest prawdziwą intelektualną ucztą, choć po omawianych w nich dziełach scenicznych pozostało jedynie wspomnienie, ugruntowane zwłaszcza przez jakże celne ujęcia obu wymienionych autorów. To samo można powiedzieć o książce Miklaszewskiego. (…)

Jak łatwo się przekonać podczas lektury książki, Miklaszewski przede wszystkim ceni sobie niezależność. Kieruje się własnym systemem wartości, który pozwala mu nie iść na żaden układ.

Janusz R. KOWALCZYK: Krzysztof Miklaszewski: „Moje życie w teatrze”, culture.pl 2020, Dzieła # literatura # teatr

Przeglądam ogromną, przeogromną świeżo wydaną księgę Krzysztofa Miklaszewskiego (…) i myślę naraz o postaciach Pirandella, o Szekspirze w roli Ducha w marzeniu Nabokova. I pytam: jak potężna jest liczba scenicznych duchów, tych zwiewnych i tych ociężałych, które przez ostatnie 56 lat szukały i znajdowały Miklaszewskiego może nie na wszelkich widowniach, lecz z pewnością na połowie widowni teatralnych świata całego? Porachował je kiedyś pan Krzysztof.

„Posłuchaj…” – mówiły doń teatralne przedstawienia, te gigantyczne duchy, ulepione z wielu duszków pomniejszych, a on słuchał. Słuchał, by później odpowiedzieć na usłyszane, odpowiedzieć – recenzjami. Recenzje teatralne, teatralne eseje, felietony, reportaże, analizy, artykuły, notki, nekrologi, dotkliwe paszkwile oraz inne teksty i drobiny… Zliczył Miklaszewski wszystkie odpowiedzi swoje ? (…)

Jedno pewne – Moje życie w teatrze, te 600 stron dużego formatu, jest tycim, tak, stawiam, że jedynie tycim wyborem z kartek śpiących na dnie bezdennych szuflad kuchennego kredensu Miklaszewskiego, a w istocie – szuflad omszałego czasu, podobnie jak szuflady kuchennego kredensu Leopolda Blooma w „Ulissesie” Jamesa Joyce’a. Tyle że (…) w szufladach Miklaszewskiego (…) kruszeje pchli targ (…) językowych śladów po dawno nieżywym już teatrze. Po jakim teatrze właściwie? Po jakich ludziach ? Po jakich zdarzeniach?

Jeśli gdzieś istnieje gmach taki – wejdźcie do tego archiwum nadwiślańskiego teatru powojennego. Wejdźcie i z ogromu zbiorów wydłubcie w ciemno detal jakiś, jakikolwiek ansambl – amatorski czy profesjonalny, awangardowy bądź klasyczny, zaangażowany politycznie lub politycznie obojętny. Jakiegokolwiek artystę – reżysera, aktora, scenografa, kompozytora, jakikolwiek seans, jakiekolwiek czasopismo branżowe, jakiegokolwiek krytyka czy recenzenta, jakiekolwiek dramaturga, jakikolwiek festiwal teatralny… Bo ja wiem, co? Nawet jeśli pechowo wydłubiesz nic, grudę pustki – i tak możesz mieć paradoksalną pewność, że Miklaszewski otarł się w życiu swym teatralnym o to nic, rozmawiał z tym niczym, ostro się kłócił, po kłótni zaś – z niczym radośnie wódkę pił do samiutkiego świtu.

Dlatego nie ma sensu streszczanie księgi „Moje życie w teatrze”, która naprawdę jest Miklaszewskiego księgą życia z duchami. Na domiar ciemności – jest księgą uparcie żywą, księgą rozwijającą się (…)

Na czarno-białej fotografii, wypełniającej okładkę „Mojego życia w teatrze”, Miklaszewski przebrany za Kardynała z „Nadobniś i koczkodanów” Tadeusza Kantora, jest migawką na wieki unieruchomiony w uchylonych, wstawionych w powietrze drzwiach. Lewa ręka na klamce, prawa noga jeszcze przed progiem, lewa już po drugiej stronie, Za nim – jego cień martwy, blady. Przed nim – nie wiadomo co. Najpewniej kolejna opowieść o słuchaniu bajek starych duchów. A dalej, jeszcze dalej, najdalej, na końcu – być może ta druga, nigdy nikomu nie opowiedziana opowieść o wszystkim, snuta sobie i tylko sobie (…)
Paweł GŁOWACKI: Posłuchaj… z cyklu: Odpowiedzi, Polskie Radio.pl/Dwójka z 12.06.2020

Dedykacja Jerzego Jarockiego dla Krzysztofa Miklaszewskiego.jpg

„Ależ zaskoczył Miklaszewski. Wydał piękną, mądrą i pracowicie skomponowaną książkę, księgę właściwie (600 stron) „Moje życie w teatrze”. A opisał w niej właśnie swoje 50 lat w teatrze. W bardzo różnych rolach. (…)

Tyle lat! Tyle nazwisk i wielkich spektakli, w których był „obok” lub „w środku”. Ale zawsze był.

Już samo zebranie tych materiałów wymagało benedyktyńskiej pracy – żeby skompletować wszystkie swoje recenzje, eseje, szkice, wstępy do programów, te rozmaite, często zapomniane fragmenty. Zaskakują dzisiaj trafnością spostrzeżeń. Pochodzą z różnych lat, też 60. i 70. A pisane były tak plastycznie, że czytając je dzisiaj, można odtworzyć w pamięci niegdysiejszy spektakl – lub żałować, że się go nie widziało. (…)

Podziwiam i zazdroszczę siły, determinacji i świadomości, z jaką Miklaszewski chciał ten ogrom pracy ocalić od zapomnienia. Jakby sam też chciał sobie uświadomić, że właśnie tak wyglądało jego życie.

I chyba dlatego, że jest to wszystko tak rzetelnie udokumentowane, tak historycznie zdefiniowane, to niespodziewanie, raz za razem, odrywa się ten świat od autora, stając się dla czytelników podsumowaniem epoki,która bezapelacyjnie się skończyła.

Dla niektórych może to być refleksja nad przemijaniem estetycznych i myślowych koncepcji sztuki. Dla innych – po prostu żal,że przeminął teatr, który był wielki, który kochaliśmy,który był najważniejszym, najgłębszym zdefiniowaniem pojęcia teatru. Teatr Kantora, teatr Skuszanki, teatr Swinarskiego,teatr Wajdy, Jarockiego. Teatr świątynia. Teatr – wtajemniczenie. Teatr wielkich wzruszeń. (…)

I jeszcze jedna prawda wynika z książki, że miał Miklaszewski wiele szczęścia i potrafił je wspaniale wykorzystać. Zawsze był „z” i „obok” największych. (…)

Ale robić ważne rzeczy – to połowa sukcesu. A druga połowa – to umieć ocalić to od zapomnienia. A to udało się wspaniale! Wchłania się tę księgę jak całą „epokę”, którą się przeżyło i którą się pamięta. To wielkie osiągnięcie.

Maria MALATYŃSKA: Teatr Krzysztofa Miklaszewskiego, „Gazeta Krakowska”, nr 266 z 13 listopada 2020 – Magazyn, s. 23

Najnowsza książka Krzysztofa Miklaszewskiego to cenne kompendium dla każdego, kto chce zrozumieć fenomen polskiego teatru 2. poł. XX wieku. (…)

Dla melomanów teatrem totalnym były realizacje Wagnerowskiej tetralogii, a każdy licealista teatr totalny skojarzy z Wyspiańskim. Po ponad półwieczu twórczo spędzonym w teatrze teatromanem totalnym jest Krzysztof Miklaszewski. (…)

Zebrane w duży tom teksty Miklaszewskiego są historycznym świadectwem jego obecności w teatrze – najpierw studenckim, potem zawodowym; ukazują wędrowanie dziennikarza przez sztukę i wysiłki, by ją przybliżyć widzowi. Półwieczna obecność w teatrze (od lat 60. XX wieku) budzi podziw i szacunek, zarazem ułatwi Czytelnikowi zrozumienie wartości pisarstwa Miklaszewskiego, wartości niezmiennej, bez której nie obejdzie się nikt, kto zechce poznać fenomen polskiego teatru lat 60. i kolejnych dekad. (…)

Moje życie w teatrze nie jest chronologiczną kompilacją pisarskiego dorobku autora. To przemyślany wybór tekstów, dzięki któremu poznajemy etapy historii polskiego teatru, począwszy od Teatru STU, a skończywszy na naukowych analizach dorobku Tadeusza Kantora, z którym był Miklaszewski związany zawodowo kilkanaście lat. (…)

Autor (…) prowadzi Czytelnika przez kraj, wędrując od sceny do sceny, będąc wszędzie tam, gdzie działy się ważne rzeczy. A działy się, mimo PRL-owskiej szarzyzny, nie tylko w Krakowie, ale również w Lublinie, Poznaniu, Kaliszu, Gdańsku, Łodzi.

Znajomość scen krajowych, konsekwentne śledzenie prac reżyserów i aktorów, dawało krytykowi teatralnemu nie tylko kompetencję, ale i prawo do orzekania, zaś jego erudycja i obecność uprawniały do osądów surowych.

Henryk MARTENKA: Teatroman totalny, „Angora”, nr 52, rubryka: Witryna, z 27 grudnia 2020, s. 53

Krzysztof Miklaszewski to „istota” zdumiewająco skomplikowana, jak mityczny smok – wyrafinowany intelektualnie a jednocześnie czuły, implikujący poezję, przede wszystkim w niedomówieniach, prowokacjach, przewrotności, która bynajmniej nie jest toksyczna. Można go słuchać i czytać bez cienia nudy, bo odnoszę wrażenie, że on nie usiłuje być wyrocznią w jakiejkolwiek dziedzinie. Jego polemiczny głos wobec słuchacza, widza, interlokutora odbieram jako nieustanne dobijanie się o prawdę, niekończący się performance – próbę nawiązania twórczego dialogu z drugim człowiekiem. Prowokuje do zadawania pytań o to, co nas dręczy, niepokoi i pozostawia w chronicznej niepewności skąd przyszliśmy, kim jesteśmy i dokąd idziemy.

Miklaszewski nie daje gotowych odpowiedzi, jest daleki od wszelkiego dydaktyzmu, choć przekorna, profetyczna nuta pojawia się tu i ówdzie. To osobowość niezależna, otwarta i dynamicznie myśląca, czego nie można powiedzieć o większości „interpretatorów” naszej kultury i sztuki.

W każdym jego tekście czuć żywą, pulsującą własnym rytmem obecność. Dlatego ta ponad pięćsetstronicowa „cegła” Moje życie w teatrze (powinna się znaleźć w kanonie lektur myślenia o sztuce w szkołach średnich i na uniwersytetach) to książka absolutnie wyjątkowa – wciągająca, twórczo drażniąca wyobraźnię. (…)

Miklaszewski zrobił coś, co wydawałoby się niemożliwe. Zebrał swoje recenzje, teksty wystąpień okolicznościowych oraz szkice dotyczące teatru, napisane i publikowane w latach 1964–2018. (…)

Ta unikalna książka jest z benedyktyńską starannością zebranym i mistrzowsko zebranym [ich] collage’m (…) – [to] istny żywioł, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. To nie tylko podsumowanie własnego życia w teatrze, lecz fascynująca opowieść, która wciąga akcją, kusi sugestywnymi obrazami, prowokuje do rozmów z Autorem i powołanymi przez Niego do istnienia bohaterami. (…)

Moje życie w teatrze Krzysztofa Miklaszewskiego to zapis dokonany w stanie podgorączkowym, który podwyższa się jeszcze momentami osiągając niebezpiecznie wysoki pułap. Ujawnia się tu historia, polityka, anegdota, wszelkie uwikłania, przenikania, konteksty, a w tej drgającej magmie mistrz Krzysztof przywołuje i ożywia sylwetki aktorów, reżyserów, ludzi teatru – i… rusza cała rzeka, wraz z jej dorzeczami, o których, my profani, nie mieliśmy zielonego pojęcia. (…)

Krzysztof Miklaszewski jako wdzięczny uczeń i pokorny mistrz pochyla się, nie waham się tego powiedzieć, z miłością i szacunkiem nad swoją wielką, Teatralną Rodziną, kreśląc serdeczną dedykację: „Pamięci kilku pokoleń twórców budujących wielkość polskiego teatru przełomu wieków”.

Bo, Szanowni Państwo, to nie żadna przesada: Krzysztof Miklaszewski jest człowiekiem, w którym zamieszkał teatr…

Szczęsny WROŃSKI, Człowiek, w którym zamieszkał teatr, Pisarze.pl – e-dwutygodnik literacko-artystyczny, nr 9 2021

Paweł Głowacki

Widocznie nie stać nas było na nic innego

Poniedziałek

Na tle płacht z szarego lnu w teatralnej roli ścian, przebrany za kloszarda w postrzępionym przyodziewku, z dawno temu wycofanymi z Jeziora łabędziego baletkami na stopach i z udającą kardynalską mitrę rurą z tandetnego pozłotka wciśniętą tuż nad brwi – mężczyzna o księżycowej twarzy i zlęknionych oczach przechodzi przez wstawioną w powietrze dekorację, udatnie małpującą otwarte drzwi, idzie na palcach z pustki grającej jeden pokój do pustki grającej drugi pokój. Migawka fotograficznego aparatu z czarno – białą kliszą unieruchomiła piechura w pół kroku, nad fałszywym progiem, z lewą dłonią zamarłą na fikcyjnej klamce, z prawą bezpowrotnie zaciśniętą na falsyfikacie framugi realnej. Reflektor, niewidoczny na zdjęciu, wiszący gdzieś wysoko nad ostatnim rzędem niewidocznej widowni, rzuca na ścianę z szarego lnu człekokształtną plamę wewnątrz cienistego prostokąta. Na zetlałej czerni desek, przed czubem emerytowanej baletki ręcznie kreślony tytuł: Moje życie w teatrze, zaś nad górną framugą nieprawdziwych drzwi nazwisko autora: Krzysztof Miklaszewski. I to już wszystko – cała okładka gigantycznego, wydanego w Krakowie tomu.

To jest właściwy początek sześciuset stronic dużego formatu. Owszem, pierwsze zdanie – pierwsze z 12 ironicznych przykazań dla recenzenta – widnieje na stronie 7. Lecz opowieść Miklaszewskiego naprawdę zaczyna się w zdjęciu na okładce, w portrecie niepewności. Ten piechur… Ile w nim z iluzji, a ile z rzeczywistości? Mocniej jest widmem scenicznym czy sobą z naszej strony rampy? Ktoś obcy odmienił go za pomocą dekoracji i kostiumu ze swojej bajki czy też piechur sam się przeistoczył i wkroczył w baśń, aby pojąć alchemię baśni? I właściwie – skąd, dokąd przechodzi? Z iluzji do iluzji, z iluzji do realności, z realności do iluzji, czy z realności do realności? Mniej więcej trzy czwarte długiego życia strawił wewnątrz zmyśleń bądź naprzeciwko zmyśleń – może więc jest dzisiaj już tak, że nikt nie zdoła odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Zwłaszcza piechur na zdjęciu. I pozostanie bezradność.

Czwartek

Niech sobie tak idzie Miklaszewski – on, bo przecież to jego widać na okładce, jego w roli nieznanej w nieznanym spektaklu albo w małej inscenizacji, ulepionej na potrzebę tego jednego zdjęcia. Widać Miklaszewskiego udającego nie–Miklaszewskiego, może więc jednak lepiej zostać przy piechurze, bo jako figura nieprawdziwa, bardziej plastyczny jest piechur, swobodniej kameleonowaty. I chyba też lepiej, przez gigantyczny tom Miklaszewskiego idąc, właśnie za wędrującym kameleonem iść, bo przecież tom ten jest opasłym zbiorem wcieleń przeróżnego gatunku bądź też jak pełen migotania markownik Rudolfa w ubóstwionej przez Miklaszewskiego prozie Brunona Schulza, albo niczym stepowo rozległy kolaż, pocięty na równe prostokąty zlepione w księgę. Lepiej, celniej, pełniej mówiąc, tom wędrującego kameleona przypomina salę główną Muzeum Czasu w Palermo, na której kolumnach, ścianach i suficie zawieszone materialne ślady wielu przeszłości układają się niczym kropki i kreski tatuaży na twarzach Indian – w niepokojąco regularne szyfry.

Piątek

Ożywiam sobie zdjęcie. Idzie więc kameleon niespiesznie, noga za nogą, a gdy zdejmie emerytowane baletki, postrzępione łachy i założy czarny mundur prostego kroju, smoliste, glansowane buty i czapkę z daszkiem – zasalutuje nie wiadomo komu i czemu, może przeszłości dalekiej i zacnej, może cesarzowi Franciszkowi Józefowi, i zacznie jako Pedel śpiewać hymn monarchii austro-węgierskiej, i tym sposobem znów stanie się postacią Umarłej klasy Tadeusza Kantora, aktorem Teatru Cricot 2, z którym objechał świat cały. A kiedy wsunie na przedramiona zarękawki, zastruga ołówki i przy biurku siądzie, pochylając się nad białą kartką – na powrót stanie się pisarzem uwiedzionym przez sztukę teatru, wywiadowcą notującym rozmowy z największymi albo dowcipnisiem portretującym codzienne bezwiedne gagi reżyserów, aktorów, scenografów i reszty tego towarzystwa opętanego dziecinnym procederem rzucania za pomocą dłoni i nocnej lampki cienistych zwierzątek na ścianę pokoju o szczelnie zasłoniętych oknach. Jak siądzie na krześle z napisem na oparciu „Reżyser” – powtórzy stare gesty i krzycząc: „Kamera start!” albo: „Kamera stop!”, przypomni czas kręcenia dokumentów o literaturze, scenie, malarstwie lub kinie, po czym przypomni też popołudnia, gdy sny swoje inscenizował w teatrach raczej nieoficjalnych. Albo tuszem i pudrami nadając japońską skośność swoim oczom – zawiesi na szyi od razu trzy nikony i z japońską namiętnością fotograficzną uwieczni pstryknięciami wszystko, co możliwe. Albo wespnie się na telewizyjne wzgórze, jak wspinał się niegdyś, aby nakręcić rozmowy z gigantami aktorstwa, których dziś już nie ma bądź są jeszcze, lecz już tylko czekając… W jak wiele niegdysiejszych wcieleń na powrót wsunie się piechur, idąc ścieżką pięciuset stronic swojego kolażowego tomu? Ile jest w nim oraz jakich śladów dawnych wcieleń, tamtych ról, niegdysiejszych gier ze sztuką sceny?

Niedziela

Recenzje, oczywiście, recenzje teatralne. Rozmowy różnej długości. Sążniste, pełne powagi eseje krytyczne i tycie kąśliwe felietony. Publicystyka miesięczników obok planktonu w gazetach codziennych. Portrety teatrów studenckich i oficjalnych, awangardowych i akademickich, świętych – na przykład Karola Wojtyły, albo tych genialnie grzesznych – czyli niepowtarzalnego Jeana Geneta. Zapisy krwawych polemik i uwielbień bezprzykładnych, polityka repertuarowa i strategie dramaturgiczne, analizy i jakby lewą ręką rzucone na kartkę metaforki prędkie, znikliwe, bardzo ładne. Podobizny teatralnych plakatów, afisze w ogromnej liczbie, fotografie odręcznego pisma największych, no i zdjęcia, dziesiątki, setki czarno – białych prostokątów, kadrów filmowych i telewizyjnych, podobizn scen ze spektakli i zwykłych, cywilnych zdarzeń. Konrad Swinarski na spacerze, w gustownej czapce z daszkiem. Jerzy Jarocki ciepło się uśmiecha. Ewa Lassek szalejąca przed kamerą. Sławomir Mrożek z mefistofelicznym zarostem rozmawia w Londynie z siwiuteńkim Leopoldem Kielanowskim. Józef Szajna wspiera brodę na wspartych o blat stołu rękach. Maria Stangret – Kantor, Tadeusz Kantor i Andrzej Wajda plotkują jak gdyby nigdy nic, bo dlaczego nie mieliby plotkować, jak gdyby nigdy nic. Bogusław Schaeffer dotyka wskazującymi palcami swych skroni. Jerzy Grotowski jest metafizyczny jak zawsze. Wojciech Pszoniak znów nosi szal kaszmirowy, którego mu wściekle zazdroszczą wszystkie kobiety świata. Piotr Skrzynecki znów nie zdjął kapelusza od wczoraj, a jutro zapewne nic się w tej kwestii nie zmieni… Idziemy tak. Znów jest wtedy. Idziemy krok w krok za piechurem, niespiesznie, przez minione, po śladach, wedle znaków tamtego czasu. Lata 50… Lata 70… Lata 90… Pierwsze takty XXI stulecia… Z tych epok są w tomie piechura ingrediencje przeróżne. Pamięć jego, jak każda, ma strukturę kolażu. Idziemy. Vladimir Nabokov, wielki znawca życia duchów, w pamiętliwej księdze Tamte brzegi błąkając się labiryntami innego czasu minionego nad zupełnie innym kawałkiem Europy, patrzy w oblicza przywoływanych przez siebie zmarłych i wyznaje z zupełnie bezradną ufnością: „Wszystko jest takie, jak być powinno, nic się nigdy nie zmieni, nikt nigdy nie umrze…”. Idziemy.

Wtorek

Wiele wraca, gdy czyta się tom Miklaszewskiego. Wiele wraca nie tylko do tych, co trochę z opisanego przezeń świata teatru i filmu zdołali zobaczyć na oczy własne, zdołali go dotknąć, powąchać, złowić jego smak. Te powroty są oczywiste. Ale zdarzają się też nieoczywiste. Dziwne, nagłe asocjacje, interferencje, echa. Na przykład – powrót chłodnego księgozbioru utraty. Rzeczony Nabokov, Encyklopedia umarłych Kisa, cały Marquez, cały Sebald, jeszcze Mendel od Książek Zweiga, jeszcze Czarne plecy czasu Mariasa, jeszcze Dom z papieru Domingueza, jeszcze Firmin Savage’a… Starczy. Także Schulz. Którakolwiek z jego narracji. Choćby Ulica Krokodyli, opowieść zaczynająca się od mapy ogromnej, starej i pięknej płachty niedokładnie powtarzającej miasto, którego już nie ma. „Był to cały wolumen in folio pergaminowych kart – mruczy miękko Schulz – które, pierwotnie spojone skrawkami płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiej perspektywy”. Nie ma już miasta, które było, nie ma, gdyż był też czas, więc miasto nie mogło przetrwać. Nie ma go, lecz kiedy przejdzie się wzrokiem przez mapę, co jest niby panoramiczny kolaż znaków z przeszłości – niegdysiejsze miasto zmartwychwstaje na chwilę. W innej książce Miklaszewski mówi o animowanym filmie, co go na kanwie Ulicy Krokodyli stworzyli bracia Quay. Teraz wraca tamto arcydzieło. Wraca jego prolog, powtarza się, ale z jedną korektą. U braci Quay postać Strażnika w zapomnianym muzeum teatru grał Feliks Stawiński. Teraz to kameleon, co na zdjęciu otwierającym Moje życie w teatrze był skloszardziałym kardynałem, a później może wcielił się w Pedla z Umarłej klasy – wdziewa uniform muzealnika i idzie przez pustkę.

Niedziela

Cała reszta filmu jest taka, jak u braci Quay. Kameleon przechodzi obok widowni od lat nietkniętej przez nikogo, wchodzi na scenę, która jest jak jej własne wieko, i nieruchomieje przed starym eksponatem – ciemną skrzynią czasu. Opuszcza głowę i przez okular patrzy na mapę miasta już nieistniejącego. Pozostał mu do zrobienia jeden gest. Obudzić minione. Zbiera na języku ślinę, rozchyla wargi i wpuszcza do skrzyni ciepłą, lepką, miękką kulkę, która przez mgnienie lśni w mroku i uderza w jeden z mrowia elementów żelaznej, zardzewiałej pajęczyny drutów, śrub, przekładni i łożysk. Osobiście dotknąć przeszłość – tyle wystarcza do skromnego pocieszenia. Jęk strupieszałych drutów pod naporem kulki ciepła, trzask kółek niebudzonych przez wieki. Wzrok schodzi na mapę, do wnętrza skrzyni. Żelazna pajęczyna zaczyna pracę – sennie cofa czas…

Tu przerwijmy. W kupie tandety ożywa na dnie skrzyni to, co na mapie jest martwotą. Miasto wraca na chwilę. Na pół godziny – tyle trwa film. A gdy powrót dobiega końca, zza wypełniającej ekran mapy dobiegają ostatnie słowa baśni Schulza o powrocie. „Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet”.

Paweł GŁOWACKI, Widocznie nie stać nas było na nic innego [comiesięczny esej teatralny z cyklu „Dostawka”] „Kraków” nr 6 (czerwiec) 2021

Okładka - Krzysztof Miklaszewski, Moje życie w teatrze
Zobacz inne książki autora o teatrze: