Raptularz

Krzysztof Miklaszewski

Intelektualista w tyglu ludzkich sprzeczności

Z cyklu CHOCIAŻ ODESZLI(ŁY), TWARZE ICH ZOSTAŁY:
AKTORSKA TWARZ GRUDNIA – Jan Nowicki
(ur. 5 listopada 1939 – zm. 7 grudnia 2022)

Cel tego wspomnieniowego cyklu jest jasny i oczywisty, bo chociaż aktor(ka) odchodzi wraz z pokoleniem swych fanów, wyznawców i wielbicieli, teatralne inscenizacje – nawet te najbardziej awangardowe – kodowały się, kodują i kodować się będą w pamięci potomnych nie tylko dzięki sprawności fizycznej ansamblu i sile poszczególnych osobowości, ale – przede wszystkim – dzięki wyrazistości twarzy tych artystów. A że krakowskie sceny przełomu XX i XXI wieku gościły niepoślednie mistrzynie i mistrzów aktorskiego fachu, obowiązkiem widzów i obserwatorów jest przekazanie ich prawdziwego obrazu artystycznego – pokoleniom następnym. Obarczony tą powinnością – czynię to i czynić będę i jako profesjonalny krytyk, i jako zwyczajny widz-teatroman każdego miesiąca. Dokładnie tego dnia, który oznaczał kiedyś bolesne pożegnanie się z przypominaną tu przeze mnie – w kolejną jego (jej) rocznicę śmierci – wielką artystyczną indywidualnością sceny polskiej.

Rzadko kiedy tak scharakteryzować można „patent” aktora na rzeczywistość. Rzadko, bo taki aktor musi się nie tylko biologicznie… urodzić, ale i świadomie ukształtować.

Takim właśnie aktorem w historii polskiej sceny, aktorem zupełnie wyjątkowym ze względu na dar widzenia w sobie sprzeczności „nie do rozwiązania”, których świadomość może być twórcza, był Jan Nowicki.

Nowicki nie tylko potrafił się „wgryźć” w bardzo powikłane pokłady przeżyć swoich bohaterów, ale jeszcze „na zimno” obronić ich życiowe racje. Nawet jak były to takie kanalie, jak bohaterowie powieści Fiodora Dostojewskiego (Stawrogin z Biesów czy Rogożyn z Idioty) czy też zboczony kat polskiego narodu – Wielki Książę Konstanty, uwieczniony przez Stanisława Wyspiańskiego w Nocy Listopadowej. Nie mówiąc o licznej rodzinie „psycholi” w rodzaju Józefa K. z Procesu Franza Kafki czy Artura z Tanga Sławomira Mrożka.

Pracy Nowickiego nad tymi rolami w Starym Teatrze w Krakowie przyświecał chyba zamiar tego ostatniego – bohatera dramatu rodzinnego Mrożka, który w szale „odkrywania zakłamań” otaczającej go rzeczywistości wykrzyczał: „Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki nie znajdziemy idei!”.

Weźmy np. Michała Stawrogina z wersji scenicznej Andrzeja Wajdy (1971). Nowicki – podążając bowiem za myślą reżysera – sprawił, że bohater Dostojewskiego otrzymał co najmniej kilka twarzy.

Stawrogin często porażał, fascynował i zaskakiwał, ale czasami – był wręcz chłodny, wykalkulowany, pełen pogardy. W jeszcze innych sytuacjach – okazywał się niepohamowanym w odruchach gniewu. Kiedy indziej – pozostawał – zgodnie ze swoim emploi – uwodzicielski i piękny.

Rolę Rogożyna – wyrafinowanego mordercy ukochanej – w scenicznym eksperymencie Nastazja Filipowna, oznaczającym aktorską improwizację na motywach Idioty (1977) w fantastycznym duecie: Nowicki – Radziwiłowicz, ten pierwszy wykorzystał do uwydatnienia swej aktorskiej wolności wyboru. Dlatego to każdego wieczoru starcie to obfitowało w coraz to nowe sytuacje, a Nowicki jako „fighter”, dowolnie wykorzystujący tekst powieści, doprowadzał swego bohatera do szaleństwa – zgodnie z zapisaną przez Dostojewskiego, a potwierdzoną przez Wajdę – intencją fabularno-ideową.

Postać Wielkiego Księcia Konstantego (Noc listopadowa – 1974) była w interpretacji Nowickiego niemniej skomplikowaną. Zgodnie – zresztą – z intencją samego Wyspiańskiego, który napisał: „Car Polski jest postacią niepojętą. To nie tylko satrapa, ale i Azjata”.

Stąd – bardzo skomplikowany sztafaż gestyczny, którym aktor obdarzył postać „szaleńca, kochającego Polaków”, co zostało bardzo wyeksponowane przez Wajdę w telewizyjnej adaptacji przedstawienia (1979).

Bohater Procesu (inscenizacja Jerzego Jarockiego – 1973) – Józef K. w interpretacji Jana Nowickiego też odbiegał od stereotypów interpretacyjnych tej postaci. W całym bowiem labiryncie wędrówki (mieszkanie, urząd, podwórze i ulice ), w którym wszystkie te miejsca mieszają się i nakładają na siebie, Józef K. prezentował się jako człowiek bardzo wrażliwy i sympatyczny. Nie było w nim ani krzty podłości, która nieustannie docierała z otaczającej go rzeczywistości. Nie było też w nim nic z upatrzonej przez los ofiary,

Nowicki zbudował zatem postać człowieka całkowicie zaskoczonego przez absurd sytuacji, w jakiej się nagle znalazł. Dlatego spróbował kilkakrotnie ją przezwyciężyć. Dopiero kiedy te wysiłki spełzły na niczym, zapadł się w nią całkowicie i pogodził, by sięgnąć dna ludzkiej egzystencji.

Nie inaczej stało się ze wspomnianym i cytowanym Arturem z Tanga – bohaterem inscenizacji Jerzego Jarockiego z roku 1965, jako że jego ostra i agresywna finałowa reakcja na otaczający go i jego pokolenie absurd PRL-u, zakończyła się totalną klęską. Artur – Nowickiego jednak się z tą klęską nie pogodził. To było „światełko nadziei” inteligencji, że nie zapanują w Polsce prymitywy w stylu Mrożkowego Edka.

Kiedy rozmawialiśmy po latach z Nowickim, patrząc na mecze pełne kibolstwa i ulice opanowywane przez nacjonalistyczną hołotę, zgodziliśmy się jednak, że to Mrożek miał – niestety – rację.

Miał bowiem Jan Nowicki wyjątkowe zdolności obserwacji i właściwej oceny otaczającego świata. I jako aktor i jako pisarz spoglądał z niepokojem na przyszłość kraju. Obdarzony wieloma talentami próbował zawsze ten polski świat zrozumieć. Nie umiał jednak – jak i my – z wieloma zjawiskami naszej rzeczywistości się pogodzić. Tak samo – jak w sztuce. Tak samo – jak w teatrze.