Krzysztof Miklaszewski
Wielkie aktorstwo bez granic
Z cyklu CHOCIAŻ ODESZLI(ŁY), TWARZE ICH ZOSTAŁY:
AKTORSKA TWARZ PAŹDZIERNIKA – Wojciech Pszoniak
(ur. 2 kwietnia 1942 – zm. 19 października 2020)
Cel tego wspomnieniowego cyklu jest jasny i oczywisty, bo chociaż aktor(ka) odchodzi wraz z pokoleniem swych fanów i wyznawców, najważniejsze teatralne inscenizacje, nawet te najbardziej wymyślne i awangardowe, kodowały się, kodują i kodować się będą w pamięci potomnych tylko dzięki wyrazistości twarzy ich wykonawców. A że krakowskie sceny przełomu XX i XXI wieku gościły prawdziwy zastęp niepoślednich mistrzyń i mistrzów aktorskiego fachu, obowiązkiem podstawowym widzów i obserwatorów staje się przekazanie ich obrazu pokoleniom następnym. Obarczony tą historyczną powinnością – czynię to i czynić to będę i jako profesjonalny człowiek teatru, i jako uważny krytyk, i jako zwyczajny widz, każdego miesiąca, który oznaczał kiedyś bolesne pożegnanie się z przypominaną tu przeze mnie – wielką artystyczną indywidualnością.
Kiedy na początku lat 70. ubiegłego wieku – okresu obrzydzonego współczesnemu Polakowi przez bardzo ograniczony myślowo nasz polityczny establishment – odkrywałem w swoim telewizyjnym cyklu Twarze Teatru – Wojciecha Pszoniaka, Konrad Swinarski, wielki admirator talentu Wojtka zwykł mawiać: (mając na myśli starszego brata młodego aktora – Antoniego): „Pszoniaków jest – na szczęście- dwóch i doprawdy nie wiem, którego bardziej wolę”.
Ale już po upływie dekady, Pszoniak był tylko jeden, i to obarczony dźwięcznym dla zachodniego ucha zdrobnieniem: Voytek.
Stan wojenny oznaczał bowiem wymuszoną, ale i bardzo owocną dla polskiego aktora kilkuletnią obecność na prestiżowych scenach Paryża (Odeon, TNP de Chaillot czy Montparnasse), a początek lat 90. – bardzo udaną próbę londyńską. Wtedy to Pszoniak przemówił do widzów w języku… angielskim. I podobnie – jak we Francji – uznany został za… swojaka. Dość powiedzieć,że językowo „zakasował” naszą XIX-wieczną teatralną gwiazdę eksportową – Helenę Modrzejewską, która w Londynie występowała wiek wcześniej ze zmiennym szczęściem. By rzecz dzisiejszemu odbiorcy unaocznić: teatralny sukces Wojciecha Pszoniaka w Londynie (w sztuce Terence Rattigana The Deep Blue Sea w inscenizacji słynnego filmowca Karela Reisza (1993)) porównać można jedynie do zwycięstwa Igi Świątek w Wimbledonie.
Te zagraniczne, a także – dekadę wcześniejsze – warszawskie (od 1972) sukcesy teatralne Pszoniaka przygotował jednak, oznaczający narodziny wielkiej indywidualności aktorskiej – okres krakowski. Jego początek oznaczały studia w PWST oraz okres „burzy i naporu” w Teatrze STU, powołanym do życia przez zbuntowanych studentów Wydziału Aktorskiego pod wodzą Marcina Idzińskiego i Krzysztofa Jasińskiego (20 lutego 1966).
Wtedy to powstała pierwsza kreacja Wojtka – rola Profesora w Lekcji Eugene Ionesco (reż. Edward Dobrzański, późniejszy wieloletni Dziekan Wydziału Aktorskiego, a wtedy jeszcze – skromny adiunkt uczelniany), ulubiona przez niego partia,którą grał wielokrotnie, cyzelując ją przez całe życie.
A potem był już tylko Stary Teatr. „Tu spotkałem mojego drugiego Ojca!” – tak zapamiętał na zawsze Konrada Swinarskiego – Wojciech Pszoniak, którego sukces pierwszych trzech lat zawodowego startu – obok kreacji w scenicznej wersji „Biesów” Andrzeja Wajdy – wyznaczyły cztery role w trzech spektaklach Konrada.
Dwie debiutanckie partie pokazał pierwszy grudniowy wieczór (1 XII 1968) – oznaczający dublet postaci z Wyspiańskiego (Parobek w Klątwie i Aptekarz w Sędziach).
Dwie zaś dojrzałe kreacje były wynikiem pracy Pszoniaka ze Swinarskim nad materią szekspirowskich komedii na samym początku lat 70.
Wtedy to scenę Starego przy Jagiellońskiej w Krakowie zdominował dynamiczny, rozwalający sceniczne ramy teatralnego pudła, Puk ze Snu nocy letniej (1970). Nic dziwnego,że recenzje prześcigały się w epitetach Zygmunta Grenia – zachwyciła np. niespotykana w Polsce sprawność aktora, Elżbieta Morawiec – uznała Puka za kreatora świata, a Jerzy Bober – znalazł w tej „nieziemskiej” postaci ucieleśnienie walki dwóch żywiołów: dobra i zła.
Parolles ze Wszystko dobre, co się dobrze kończy (1971) nie tylko śmieszył nadanym mu przez Szekspira nieudacznictwem, ale w interpretacji Pszoniaka poruszał tragedią zagubionego w poszukiwaniu własnego „ja”, poniżanego i gnębionego przez możnych tego świata intelektualisty na ich służbie.
Wreszcie genialna kreacja Piotra Wierchowieńskiego w Biesach (1971), rola, która przeszła do historii światowego teatru. Diabelskie ucieleśnienie zła uzyskało w tej Pszoniakowej wersji groźny wymiar ludzkiej słabości, zdolnej do realizacji każdej, najbardziej niemoralnej idei, poprzez zespolenie demagogicznej siły z ludzką słabością. Gejzer zła sprzężony ze „wzlotami” uczucia jest tu nie tylko obecny w każdej kwestii aktora, ale i w konwulsyjnych porywach ciała, wieszczących niszczący nieuchronny koniec jakikolwiek ludzkich odruchów.
Najlepszym komentarzem tej super-roli wydaje się być znowu spostrzeżenie Swinarskiego: „Jest on (Pszoniak) najwspanialszym instrumentem do współtworzenia (…) bo przy jego inicjatywie, i przy jego inteligencji, i przy jego zdolnościach, reżyser musi tylko powiedzieć «tak» lub «nie»”.
Napisałem wtedy: „Pszoniak to chyba jedyny polski aktor totalny… jest – po prostu – dobry na…wszystko”. Takim też pozostał w mojej krakowskiej pamięci. Pewnie dlatego, że nigdy nie pozwolił mi o tym zapomnieć, kiedy najpierw podbił teatralną Warszawę, a potem – Europę. Kiedy poświęcił się filmowi i kiedy nieustannie dawał znać o sobie w telewizji i radiu. Nawet wtedy, kiedy żartował: „Ziemia obiecana to… ja”.

